Artykuły

Jakie życie, taka śmierć

"Osąd" w reż. Jerzego Kaliny, Pawła Passiniego i Leszka Mądzika Wrocławskiego Teatru Pantomimy na X Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Mimu w Warszawie. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

Teatr Leszka Mądzika jest wyznaniem wiary tego artysty. Wyznaniem szczerym, głębokim i wybitnym pod względem artystycznym. Takie są wszystkie jego przedstawienia, które dotąd widziałam, i taka jest też jego najnowsza praca zawarta w tryptyku "Osąd", spektaklu składającym się z trzech części, z których każdą wyreżyserował inny artysta. Spośród dotąd zaprezentowanych na Festiwalu Sztuki Mimu przedstawień właśnie ten spektakl jest najciekawszą propozycją. Z jednym wszakże zastrzeżeniem. Dotyczy ono części drugiej, wyreżyserowanej przez Pawła Passiniego. Części zbędnej, wprowadzającej element bełkotu.

Zestawienie Passiniego z Jerzym Kaliną, reżyserem części pierwszej tryptyku, i Leszkiem Mądzikiem, reżyserem części trzeciej, uważam za całkowicie chybiony pomysł. Owszem, dla Passiniego to wielka nobilitacja znaleźć się na afiszu obok artystów tej miary. Ale dla przedstawienia to duża ujma.

Sama idea spektaklu jest fascynująca. Chodziło bowiem o to, by inspirując się znanym piętnastowiecznym tryptykiem niderlandzkiego malarza Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny" z 1473 roku, przedstawić własną, artystyczną wizję sądu ostatecznego. Może nie wszyscy pamiętają treść malowidła, warto więc napisać o nim kilka słów. W centralnej części tryptyku przedstawiony jest Pan Jezus jako Sędzia Sędziów w otoczeniu dwunastu apostołów, Matki Bożej i Jana Chrzciciela. Powyżej unoszą się aniołowie, nieco niżej zaś kilku aniołów dmie w trąby Apokalipsy. A jeszcze niżej, na równinie, umieszczony jest św. Michał Archanioł oddzielający dusze błogosławione od potępionych. Na lewym skrzydle tryptyku widzimy dusze sprawiedliwych wstępujące do nieba, na prawym zaś artysta umieścił dusze potępione prowadzone przez demonów w kierunku płomieni ognia.

Motyw podróży: narodziny - śmierć

Każdy z trzech reżyserów przedstawił własną wizję sądu ostatecznego. Pierwsza część wyreżyserowana przez Jerzego Kalinę pokazuje drogę człowieka przez życie. Począwszy od narodzin, a skończywszy na śmierci. Myślę, że ta niezwykle interesująca plastycznie, symboliczna scena narodzin ukazująca wydobywanie się ludzkich postaci z kokonów jest świadomym zapożyczeniem pomysłu od Leszka Mądzika z jego wcześniejszego przedstawienia. Kalina przeprowadza swoje postaci przez rozmaite wydarzenia historyczne, polityczne, kulturalne. Lata dziecięce, szkolne, formowanie się światopoglądowe, praca, itd. Są też odniesienia do doświadczeń drugiej wojny światowej, np. wstrząsająca scena ukazująca tłum ludzi pod prysznicem, to wyraźny skrót symboliki obozów zagłady.

Artysta pokazuje gromadę ludzi, ale każdy z nich to przecież indywidualny los, każdy indywidualnie odpowiada za swoje życie, za popełnione grzechy, każdy indywidualnie będzie osądzony. W tej interpretacji zawarta jest wiara artysty w ułaskawienie. Jerzy Kalina korzysta z funkcjonujących w kulturze archetypów, przywołuje znane tropy czy to w malarstwie (Jacek Malczewski, Andrzej Wróblewski), czy w teatrze (Kantor i jego "Umarła klasa"). Prosty w wyrazie ruch wykorzystany jest tu dynamicznie. Ważnym składnikiem spektaklu jest użycie rekwizytu w postaci kwadratu zbitego z desek i pełniącego tu różne funkcje. Znakomita praca całego zespołu mimów.

Bezsensowne pląsy

Część druga przedstawienia wyreżyserowana przez Pawła Passiniego to wielkie nieporozumienie. Reżyser posadził na wózku inwalidzkim aktora (Maciej Wyczański) udającego ofiarę wypadku i kazał mu cytować fragmenty Apokalipsy św. Jana na przemian z podawaniem liczby ofiar wypadków samochodowych i instrukcją, jak wyciągać rannego z auta. Na pląsających po scenie mimów właściwie nikt nie zwraca uwagi, bo reżyser "daje czadu" głośną muzyką, agresywnymi wizualizacjami zakrywającymi aktorów, puszcza wideo, a ściany "uatrakcyjnia" projekcjami z serii tzw. latających zajączków, od których można dostać oczopląsu. O jakiejkolwiek myśli wiodącej nie ma co marzyć. Pustynia intelektualna, duchowa i emocjonalna. Rozpacz, a nie reżyseria. Rzecz nie ma nic wspólnego z pantomimą, to raczej reklamówka sporządzona dla telewizji o potrzebie bezpiecznej jazdy samochodem.

Opozycja: ziemia - niebo

Na szczęście ostatnia część należy do Leszka Mądzika, wielkiego, wybitnego artysty, unikalnego w skali międzynarodowej. Pokazuje on życie ludzkie w wymiarze wartości podstawowych. Sumienie, ten nasz wewnętrzny sędzia, już tu, na tym padole, podpowiada, jakimi drogami powinniśmy kroczyć. Dźwięk trąb jerychońskich towarzyszy powoli rozjaśniającej się przestrzeni sceny ukazującej trzy kościelne wieże, które wkrótce zamienią się w biblijne Jakubowe drabiny prowadzące z ziemi do nieba. Tak wygląda finał życia ziemskiego. Wielu będzie się po nich wspinać, ale nie dotrą na szczyt. Mimo uporczywych prób wciąż będą spadać, bo ciężar grzechów jest tak wielki, że zabraknie im sił, by dotrzeć na najwyży stopień. Wprawdzie po drodze zrzucają okrycia będące metaforą przewinień, ale widocznie za mało, bo nadal spadają. Tylko jednemu, choć z ogromnym trudem, uda się pokonać wszystkie szczeble i wyjść z tego mroku ku światłu (świetna, bardzo ekspresyjnie zagrana rola Marka Oleksego).

Spektakl Leszka Mądzika niesie uniwersalne przesłania. Jest życie, a więc jest i umieranie. Ważne, jak żyliśmy, bo tak będziemy odchodzić: do wiecznego życia albo do śmierci. Dzieło artysty bardzo czytelnie ukazuje owo przesłanie. Piękna plastycznie, zwarta artystycznie, głęboka myślowo i czytelna w każdej scenie kompozycja Mądzika wyrasta ponad pozostałe spektakle. Przynajmniej te, które dotąd obejrzeliśmy.

Mądzikowy teatr zawsze porusza się w sferach najbardziej delikatnych i czułych, dotyka bowiem życia duchowego człowieka, zagląda za bramę dzielącą nasze doczesne bytowanie tu, na ziemi, od życia wiecznego i próbuje subtelnie, bez narzucania swojej woli, konsekwentnie wizualizować swoje refleksje z tym związane. Nie wiem, czy gdzieś na świecie jest jeszcze taki drugi teatr. Zwłaszcza dziś niełatwo go znaleźć, w dobie postmodernistycznych nurtów, powszechnego już procesu laicyzowania życia i próby oderwania cywilizacji europejskiej od jej chrześcijańskich korzeni. Walka o krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego jest tego przejawem.

Przedstawienia Leszka Mądzika to teatr zaglądający do ludzkiej duszy i mówiący o relacjach z Bogiem. Wbrew poprawności politycznej, bo decydenci współczesnego świata pragną wyeliminować Boga z przestrzeni publicznej, a nawet ze świadomości społecznej, wiernym zaś wbić do głów, że religia jest ich prywatną sprawą i lepiej się do niej nie przyznawać, bo świadczy to o wstecznictwie. A krzyż, jeśli już koniecznie ma być, to wyłącznie w kościele, miejsce wszystkich symboli religijnych jest również wyłącznie w kościele, miejsce wiernych świadczących o swojej wierze też wyłącznie w kościele. No i koniecznie rozdział państwa od Kościoła - jak tego agresywnie żąda dziś stara i nowa lewica pospołu z niemałą częścią liberałów.

Zważywszy więc na taki kontekst, teatr tworzony przez Leszka Mądzika jest - można powiedzieć - jak oczyszczająca enklawa na zawłaszczającym coraz większą przestrzeń życia społecznego pustkowiu duchowości.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x