Artykuły

By tutaj żaden instrument nie pozostał głuchy

Jest w czwartym akcie Fantazego scena, wywołująca osobliwą nieraz reakcję widzów. Fantazy wchodzi i zaraz, bez jakichkolwiek wstępów czy wyjaśnień, woła:

- Rzecznicki, jestem trup!...

Na wielu oglądanych przeze mnie przedstawieniach część widzów wybucha w tym miejscu śmiechem. Publiczność nie wie, co prawda, że pomiędzy Fantazym a Majorem rozegrał się "pojedynek amerykański" - że Fantazy wyciągnął w tym pojedynku (który był zapewne jego własnym pomysłem) kartę śmiertelną. Niemniej sprawa jest poważna, sytuacja tragiczna. Fantazy już przedtem zapowiadał zbrojne starcie ze sprawcą porwania kobiety, za której honor czuje się odpowiedzialny ("Jeśli ją podle opuszczę, to mi w twarz pluń!" - scena VI aktu trzeciego). Nawet najbardziej krytyczna interpretacja postaci nie pozwala przypuszczać, że Fantazy mógłby stchórzyć. Mimo to publiczność śmieje się tu grubym, serdecznym śmiechem - jak na farsie.

Widziałem jednak aktora, który w tym momencie nigdy nie rozśmieszał widzów; który w tej scenie wywoływał na widowni głęboką, pełną zaciekawienia ciszę. Tym aktorem był Osterwa. Kiedy dziś próbuję przypomnieć sobie, jak Osterwa pojmował i interpretował Fantazego, dochodzę do wniosku, że także i on był tutaj, w pewnym sensie, jednostronny. Zdaje mi się, że za motyw przewodni tej interpretacji można by uznać słowa Fantazego:

Sami tu szatani

Grają komedią ze mną... najsmutniejszą.

(akt I, scena XIII)

Osterwa grał dramat człowieka, który w sposób zarazem wyrafinowany i tragiczny walczy ze swoim własnym losem - i który ostatecznie (mimo końcowego ocalenia) tę walkę przegrywa. Była to komedia, ale - komedia "najsmutniejsza". Komedia w pewnym sensie demaskatorska, bo los Fantazego mógł służyć jako ostrzeżenie i oskarżenie, jako studium antyspołecznego dekadentyzmu, czyli - studium kaprysu. Ale Fantazy w ujęciu Osterwy tylko sam siebie osądzał. Nie wywoływał na widowni śmiechu tam, gdzie tego śmiechu nie pragnął. Górował intelektualnie nad otoczeniem; nawet szermierka słowna i doznana wielka porażka w słynnej scenie z Dianną była jakby przez niego umyślnie sprowokowana czyli - zamierzona. Myślę, że z tych właśnie powodów Osterwa nie wywoływał śmiechu w scenie, o której wspominałem na wstępie.

Niesłuszne wydaje mi się twierdzenie Adama Polewki - w jego ciekawej recenzji z krakowskiego przedstawienia Fantazego - że przed wojną, a nawet i w roku 1946 Osterwa "zmienił "Fantazego" na pół-misterium narodowe". Wydaje mi się, że przedstawienie Osterwy było o wiele bardziej psychologiczne, niż misteryjne. Satyra choć bardzo cienka, była tym bardziej, tym mocniej widoczna. Spróbuję poprzeć to twierdzenie przykładem konkretnym. Pamiętacie scenę, w której Fantazy opowiada o dziwnym, prowokacyjnym zachowaniu się Baszkira, który mu najpierw "konia prawie na pierś wsadza", potem zabił z łuku strzałem "przez ewelacją" ukochanego wyżła, a wreszcie wrzucił kołczan na pierś by go upokorzyć śmiesznością niskiego wzrostu wobec panien. Osterwa snuł to opowiadanie z oburzeniem i gniewem, ale równocześnie z półuśmiechem, z drwiną, z właściwą mu auto-ironią. Mimo całej różnicy interpretacji i stylu podobnie grał tę scenę w Warszawie - Jan Kreczmar. Zarówno Osterwa jak Kreczmar tak właśnie pojmowali temperament postaci, tak się starali rozgryźć istotę jej psychologii. Fantazy w ujęciu Osterwy był obdarzony taką potrzebą i takim instynktem kpiny, że bawił się nawet sytuacjami, które boleśnie dotknęły własną jego ambicję. Zblazowanie Fantazego wymaga w tej interpretacji coraz to nowego dopływu niezwykłych - choćby nawet niemiłych - wrażeń. Bohater tej komedii jest jak morfinista, w którym dzień każdy wzmaga łaknienie coraz to mocniejszej dawki trucizny. Granicą, na której się zatrzymuje pęd masochistyczny jest możność takiego panowania nad sytuacją, by samemu z siebie zakpić, zanim to zdołali uczynić inni.

Powiedziałem, że interpretacja Osterwy wydaje mi się jednostronna. Dlaczego? Bo zbyt mały położono w niej nacisk na związek sprawy Fantazego z wielką walką patriotyczną, której odgłos słychać w każdej niemal scenie tej przedziwnej komedii. Osądzające "grafów" słowa Majora skierowane do solidaryzującego się z nim Jana nie odnoszą się, wbrew pozorom, tylko do hrabiostwa Respektów - ale i do Fantazego. Respektowa nazwała wygnańca i męczennika sprawy narodowej "lokajem", ponieważ straszliwe warunki tej walki odebrały Janowi, jego majątek. Ale to co tak bezsensownie wyrwało się pani Mariannie - myśli sobie w gruncie rzeczy i Fantazy. Jest on obojętny wobec walki na śmierć i życie, jaką toczy naród. Osterwa ukazywał przede wszystkim jednostkowe konsekwencje intelektualnego i moralnego dekadentyzmu Fantazego.

Myślę jednak, że przy tym rozszerzonym i pogłębionym ujęciu sprawy Fantazego, które może dziś dać teatr - nie trzeba bynajmniej ubożyć postaci, odejmować jej tego psychologicznego bogactwa, które zawdzięczamy aktorskiej inwencji Osterwy, oraz jego poprzedników na polskiej scenie. Wróćmy na chwilę do owej, bardzo znamiennej, sceny opowieści o doznanych afrontach. Hugo Krzyski, który obecnie gra Fantazego w teatrze krakowskim, w przedstawieniu wyreżyserowanym przez Henryka Szletyńskiego, uprościł tę scenę, osłabił jej psychologiczną specyficzność. Był przede wszystkim rozgniewany i oburzony, zachowywał cały czas ów ton najzupełniej serio, jakim przemawiałby w takim wypadku każdy inny młody człowiek, ale nie Fantazy. Nawet już ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, Fantazy jest też jeszcze podniecony i bezsilnie gniewny. Znikła w tym ujęciu nuta owego specyficznie fantazjuszowskiego, bardzo inteligentnego, ale i bardzo wyrafinowanego rozbawienia, z jakim bohater komedii szydzi z własnego zażenowania, z kłopotliwej swej sytuacji, myopji, niskiego wzrostu, zaskoczenia, bezradności, a nawet z wykpionej brutalnie przez Baszkira wytworności...

Czy warto się o te szczegóły spierać? Czy trzeba o nich dyskutować? Myślę, że tak. Już Molier zauważył w Szkole żon, że najlepszym sposobem ratowania się w śmiesznej sytuacji - jest umiejętna kpina z samego siebie! Fantazy sam siebie ironizujący jest zjawiskiem głębszym i niebezpieczniejszym, a więc bardziej godnym uwagi, bardziej istotnym. Nie należy, jak sądzę, mieszać Fantazego z dydaktycznymi komediami Wieku Oświecenia, których postacie negatywne nie miewały na ogół poczucia swej śmieszności czy szkodliwości (typowy przykład: Starosta i Szarmancki w Powrocie posła). Odkrywczość Słowackiego na tym między innymi polega, że daje on swemu Fantazemu wiele rzeczywistych przewag - aby tym skuteczniej ukazać groźność i szkodliwość zjawiska. Eksperyment jaki bohater tego utworu podejmuje, kupując Diannę, jest z jego strony świadomym aktem złej woli. Mówi on przecież o tym zupełnie wyraźnie w scenie z Rzecznickim:

Słuchaj... ta w czerni dziewczyna,

Ta wybielona wiatrem na Sybirze

Dyjanna, która czarnymi oczyma

Widzi tam jakieś mogiły i krzyże,

Słyszy tam jakieś łańcuchy... i trzyma

Ręce na piersiach jak posąg słuchania

I bólu...

Ta panna... Czują, że to podłość we mnie!

Ale mnie jakiś szatan wewnętrzny kusi

Popełnić taką podłość i nikczemnie

Kupić ją... złotych polskich pół-milionem.

A więc Fantazy wie, że podłość nie polega tu tylko na akcie legalnej prostytucji matrymonialnej, ale i na społecznej obojętności wobec sprawy sybirskiej. Dlatego tak ogromnego znaczenia nabiera scena oświadczyn, na które Dianna wybucha odpowiedzią pełną płomiennych oskarżeń. Hugo Krzyski nie zagrał, moim zdaniem, sceny oświadczyn źle czy nieciekawie. W ogóle cała rola budzi szacunek i uznanie. W tym ujęciu nie jest Fantazy jakimś zwulgaryzowanym synonimem przewrotności. Nie ma u Krzyskiego owej "zaciekłości i nienawiści do Fantazego", które bardzo słusznie ośmiesza Zygmunt Greń w "Gazecie Krakowskiej" z 24-25 lipca, przytaczając niektóre sądy krytyczne i dodając, że "naprawdę tekst sztuki pełen subtelnej ironii i sceptycyzmu nie wytrzymałby na scenie podobnie anty-fantazjuszowej operacji". Zachował też Krzyski granej przez siebie postaci autentyczny urok późnego romantyzmu (bo kiedy mowa o romantyzmie Fantazego, nie trzeba zapominać o owej drugiej fali, jaką reprezentuje Słowacki w tym okresie, bliższy Mussetowi niż Wiktorowi Hugo jako autorowi Hernaniego). Ale owa wielka i tak doniosła w całej akcji scena oświadczyn raz jeszcze ujawniła, mimo wszystko, psychologiczne zwężenie całej sprawy. W scenie tej zabrakło bowiem Fantazemu niemal perwersyjnego zaciekawienia i owej obrażającej uprzejmości, która podkreśla świadomą prowokacyjność niedbałej deklaracji i przez to właśnie czyni ją zarówno obrazą kobiecości Dianny, jak i świadomą nikczemnością - wobec samego siebie. A zarazem pewne psychologiczne uproszczenie postaci godzi w jedną jeszcze, co prawda bardzo zawiłą i niełatwą, sprawę. Słowacki całe niemal życie wiódł rozpaczliwą i bardzo ważną walkę - z samym sobą. Ukazując Fantazego, dokonywał wielkiego i bolesnego rozrachunku z tym, co we własnej umysłowości chciał wytępić. Z owym przede wszystkim intelektualnym chłodem, gaszącym "uczucia ledwo zapalone", który poeta znał od dawna, który analizował wśród wątków Balladyny.

Walcząc o psychologiczne bogactwo, o pełnię rysów, jakie teatr może dać Fantazemu, dążymy do tego, by w tym wspaniałym koncercie, którego partyturę napisał genialny poeta - żaden instrument nie pozostał głuchy i żadna melodia nie przebrzmiała bez echa.

Bo - dziwna rzecz! Jedno z najcelniejszych arcydzieł poezji, obserwacji i myśli, może się stać pod piórem niektórych płytkich komentatorów - nieomal błahą anegdotą! Wystarczy, jak to nieraz czyniono, spojrzeć na utwór przez szkiełko plotki "biograficznej", rozumianej powierzchownie. Fantazy powstał pod koniec roku 1841, w momencie wielkiego natężenia sił twórczych Słowackiego - ale i dziwacznego, nieraz nawet upokarzającego, przebiegu wydarzeń życiowych. Kilka miesięcy przedtem wydarzył się sławny "incydent frankfurcki", czyli podróż poety zakochanego w pani Bobrowej i nieudana próba zdobycia jej wzajemności. Wielki poeta miłości i trochę śmieszny kochanek - czyż to się nie wydarzało, zwłaszcza w epoce romantycznej? I czyż nie pamiętamy o podobnych przeżyciach Balzaka czy Norwida? Ale jakże ów "incydent" czy "epizod" mógłby nieprzyjemnie zabarwić interpretację Fantazego, gdybyśmy przyjęli, że postać hr. Idalii jest po trosze "odwetem" na kobiecie - za nieodwzajemnione uczucie. I jakże się nam pomniejszy sprawa Fantazego, jeśli zechcemy przyjąć - że jest to na wpół portret, a na wpół karykatura Zygmunta Krasińskiego, który był równocześnie literackim współtowarzyszem Słowackiego, wiernym mu i niemal samotnym obrońcą w literackich polemikach - oraz groźnym rywalem w miłości! Tak więc owa anegdotyczna "podszewka" Fantazego nie wyglądałaby zachęcająco. Byłby to utwór napisany z zemsty na przyjacielu i ukochanej (i może właśnie dlatego przez poetę zaniedbany, nie ogłoszony drukiem)...

Ponadto kryje się tu jeszcze sprawa inna, bardziej niemiła. Słowacki, który był nie tylko wielkim poetą, ale i niezmiernie wrażliwym czytelnikiem - oddawał pełną sprawiedliwość geniuszowi Mickiewicza. I właśnie dlatego marzył w głębi serca, że twórca Dziadów odpłaci mu kiedyś w sposób równie sprawiedliwy, że nadejdzie nareszcie chwila wielkiego z nim pojednania i zbratania. A tymczasem Mickiewicz, zajęty własnymi problemami nie obejmował sprawy Słowackiego swym polem widzenia; milczał. Otaczało go grono nie najwybitniejszych pisarzy, którym fanatyczny kult Mickiewicza nakazywał - całkiem niepotrzebnie! - czynienie wokół niego literackiej "pustki" a więc i ignorowanie twórcy Lilii Wenedy. W tej sytuacji dawał się Słowacki wciągać w pułapki, umyślnie na siebie zastawiane, okazując przy tym niezręczność, bolesne przejmowanie się małostkami, niemal że - brak godności. Pozwalał się zapraszać na zebrania, w czasie których improwizował wraz z Mickiewiczem na prawach pozornej równorzędności; ale te zebrania urządzano po to, by w komentarzach prasowych zamieszczanych po różnych tygodnikach przedstawiać owe sceny jako wielkie "kajanie się" Słowackiego przed Mickiewiczem, który go rzekomo gromił za poetycką małość. A to z kolei wywoływało u Słowackiego bolesne ataki urażonej ambicji, tak iż mali jego przeciwnicy mogli go nazywać "pyszałkiem"! I zdarzyło się, że Juliusz został wciągnięty w aferę dość śmiesznego, groteskowo wyglądającego, pojedynku z niejakim Ropelewskim, który stchórzył w ostatniej chwili. W tej jadowitej atmosferze nawet tchórzostwo przeciwnika okrywało poetę jakimś cieniem paradoksalnej kompromitacji. I w takim to pojedynku chciano widzieć pierwowzór rozprawy Fantazego z Majorem! Widać tu wyraźnie, jak się kurczy, jak maleje, jak prawie topnieje w takim "świetle" - wielka problematyka utworu.

Wydaje mi się zatem, że można i trzeba bronić perspektyw Fantazego przeciw wszelkiego rodzaju pomniejszycielom i wulgaryzatorom. Obronę tę może podjąć ze szczególną jasnością, dobitnością i skutecznością - teatr. Żaden najbardziej przenikliwy komentarz nie udowodni artystycznego bogactwa tej sztuki z taką siłą, jak należycie zrealizowane przedstawienie. Fantazy - wiadomo to dobrze - jest dziełem niewykończonym; redakcja jaką rozporządzamy, nie daje tego ostatecznego kształtu, w jaki by go może ujął poeta. Mimo to, można powiedzieć, że Fantazy jest jedną z najlepiej skonstruowanych, najmisterniej i najbardziej konsekwentnie opracowanych sztuk Słowackiego. W żadnym chyba innym utworze nie wykorzystał poeta w tym stopniu swego zmysłu komediowego, swej cudownej zdolności szermowania słowem. Zważmy choćby jak naturalnie i swobodnie poprowadzona jest rozmowa między Idalią a Rzecznickim i jak świetnie wykryta tu została tajemnica porwania pani Omfalii. A przy tym z jakąż matematyczną precyzją i konsekwencją splata się komizm z tragizmem od pierwszej do ostatniej sceny, aż do tej chwili, gdy o dwa kroki od umierającego Majora dbający o pozory Respektowie zatajają wiadomość o opatrznościowej śmierci majętnego dziadka, który nagle poprawił ich sytuację finansową. W innych utworach Słowackiego, na przykład w Mazepie, komediowy ton pierwszych aktów raptownie przechodzi w tragizm. W Fantazym te dwie sprawy splatają się ze sobą nierozerwalnie.

W tych warunkach każdy wątek akcji każdy problem i każda postać wiążą się najściślej z całością. Wszystkie tu mają znaczenie i każdy powinien budzić głębsze zainteresowanie. Nawet Rzecznicki, którego sprawę dziś jeszcze zamyka się w niewiele mówiącą formułkę: "służalcza kreatura". A przecież Kazimierz Wyka napisał dla "Listów z teatru" z r. 1948 (Nr 25) jeden z najbardziej przekonywających swoich szkiców pt. "Obrona Rzecznickiego". Wyka podjął w tym niewielkim artykule trud niemały. Zaczął od ustalenia, jakie znaczenie miał w pierwszej połowie XIX stulecia urząd marszałka powiatowego, który to urząd w Fantazym sprawuje Rzecznicki. Stwierdził, że "wybierano na to stanowisko obywateli poważniejszych i znaczących lub przynajmniej umiejących narzucić swoją osobę". By to stwierdzenie ugruntować przytoczył krytyk przykłady marszałków powiatowych dość często zjawiających się wtedy w naszej powieści obyczajowej np. w Latarni czarnoksięskiej Kraszewskiego, w Spekulantach Korzeniowskiego, czy w Portretach z jednej parafii Miniszewskiego. Następnie analizując tekst samego utworu stwierdza Wyka, że "Rzecznicki posiada nieprzyjemne zapewne dla otoczenia, ale niewątpliwe zalety towarzyskie, jak ogładę, wymowę, złośliwość. Jedyne miejsce, na którym opiera się pomniejszająca interpretacja postaci - to słowa, które Rzecznickiemu w pasji rzuca Idalia w akcie trzecim", "a - jak wiadomo - świadków w pasji żaden sąd nie słucha, lecz każe im się najpierw uspokoić". I dlatego Wyka popiera zdanie Tadeusza Peipera, wypowiedziane na łamach "Odrodzenia" z r. 1946, że błędem jest interpretowanie Rzecznickiego jako "przeciętnego totumfackiego, zaplątanego między ostrza potężnych szermierzy". Dobrze pojęty Rzecznicki, to "człowiek już niemłody, siwy, o narzucającej swą rzekomą godność postawie fizycznej, złośliwy, umiejący podać odpowiednie kwestie, człowiek właśnie uderzony w złośliwy i pusty honor".

O tej przekonywającej interpretacji zapomnieli niektórzy dzisiejsi komentatorowie. Ale na szczęście nie zapomniał o niej teatr! Nie zgadzam się z krążącymi tu i ówdzie zdaniami, że Eugeniusz Solarski rzekomo obniżył społeczną pozycję Rzecznickiego. Wprost przeciwnie! W szermierce słownej z Fantazym umie być ten Rzecznicki równorzędnym i bardzo zręcznym partnerem. Nie jest ani trochę "przeciętnym totumfackim"! Walczy nieustannie o swoją faktyczną czy fikcyjną "godność". A kiedy prawdziwe nieszczęście, cios który może zaważyć na całej społecznej jego "karierze" głęboko wstrząsa Rzecznickim, umiał aktor ukazać naturalne odruchy swej postaci i tak się zachować jak człowiek, któremu wysuwają ostatnią deskę spod nóg...

Wspomniałem już kilkakrotnie o bardzo ważnym, bodaj najistotniejszym problemie Fantazego, którym mi się wydaje - powiązanie wszelkich postaci i zagadnień utworu z walką narodową, ze zmaganiem o wolność. Nie wolno zapominać, w jakim momencie powstał Fantazy i jaki był stosunek Słowackiego do rozgrywających się w kraju wypadków. W lutym 1839 roku rozstrzelano w Wilnie najbardziej płomiennego z rewolucjonistów, przywódcę konspiracyjnego Związku Ludu Polskiego, Szymona Konarskiego. Wraz z nim skazano na kary różnego rodzaju 72 osoby; wśród nich 23 studentów uniwersytetu posłano "w sołdaty" na Kaukaz, między nimi poetę Franciszka Sawicza; Jana Zahorskiego i Kazimierza Rabczyńskiego pozbawiono praw stanu. Mieli oni służyć do końca życia jako szeregowcy. (Patrz: Witold Łukaszewicz Szymon Konarski Wyd. "Książka". Warszawa 1948). Słowacki miał tę sprawę w najżywszej pamięci; wśród skazanych niejeden był jego bliskim znajomym, może krewnym. Czyż można zaprzeczyć, że Jan z Fantazego jest jakby echem owych wstrząsających wydarzeń? Jaką wymowę ma jego odpowiedź Idalii, która go wzywa do pokory:

A! to jest dla mnie, Pani, wielkie zero!

Ja, który teraz z kazny co rok biorę

Na żołd pół rubla - a resztę u chłopa

Muszę wyżebrać...

(akt drugi, scena III)

A oto kilka szczegółów, które nam bliżej oświetlą sprawę Majora w Fantazym: Konarski był okuty w kajdany w ten sposób, że łańcuch łączył lewą rękę z prawą nogą. Strażami dowodzili młodzi oficerowie, przeważnie z korpusu generała barona Gejsmara, stacjonującego w Wilnie. Wielu z nich należało do tajnego związku rewolucyjnego, w którym kapitan Agłaj Kuźmin Korowajew był jednym z czołowych działaczy. Szymon Konarski był z rewolucjonistami rosyjskimi w bliskich stosunkach. Bardzo możliwe, że miał na myśli sprzysiężonych z korpusu Gejsmara, kiedy donosił Lelewelowi w liście z dnia 4 kwietnia 1837 roku: "Jestem w stosunkach z armią moskiewską, za trzy tygodnie zbliżymy się z nią lepiej..." Wiadomo także, że Korowajew stanął na czele spisku, którego zadaniem było uwolnienie Szymona Konarskiego z więzienia. Spisek został wykryty wskutek denuncjacji jednego z więźniów, a Korowajew oddany pod sąd wojenny i skazany na śmierć, którą to karę zamieniono mu potem w drodze łaski na degradację i zesłanie w katorgę!

O wszystkich tych wydarzeniach głośno było na emigracji w tym czasie, gdy Słowacki pisał Fantazego. Prasa polska w Galicji i Wielkopolsce, a szczególnie we Francji i Anglii poświęciła sprawie Konarskiego bardzo dużo miejsca. Tak samo postąpiły radykalne pisma francuskie: "Journal du Peuple", "L'Inteligence", "National", które Słowacki czytał. Myślę więc, że powiązanie genezy Fantazego z tą sprawą tłumaczy więcej niż anegdoty o "epizodzie frankfurckim" czy niedoszłym pojedynku wynikłym z intryg i swarów... Zresztą hipotezę tę potwierdza fakt, że w Warszawie był Fantazy zakazany przez cenzurę aż do rewolucji 1905 roku. W zupełności można się więc zgodzić z Adamem Polewką, gdy pisze: "Przekonanie Słowackiego, że Polsce trwałą niepodległość może przynieść tylko rewolucja ludowa płynęło nie tylko z krytyki klasowości szlacheckiej powstania listopadowego, nie tylko z kontaktów z radykalnymi prądami emigracji polskiej, ale - być może - przede wszystkim z faktu, że ówcześni rewolucjoniści Europy widzieli walkę o niepodległość Polski jako sprawę ważną dla ludowych rewolucji we wszystkich europejskich krajach". Nie zapominajmy, że w roku 1833 poeta dobrowolnie przeciął sobie możliwość powrotu do kraju, włączając liryki powstańcze do III tomu swych Poezji; i że od tej chwili każdym swym utworem chciał czynnie służyć sprawie narodowej, a przez to samo i międzynarodowej. Wydaje mi się - i za chwilę spróbuję to bliżej uzasadnić - że przedstawienie krakowskie niemal stale przypomina widzowi o owym podskórnym, najgłębszym, nurcie myślowym Fantazego, o sprawie rewolucyjnej, powstańczej. Wyjątek stanowi tu, niestety, sprawa Dianny. Powiedziałem już, że sprawa ta wiąże się bardzo ściśle nie tylko z psychologicznym i społecznym podłożem utworu, ale i ze sprawą walki o wolność. Przecież Dianna nie jest zwyczajną panną na wydaniu, która się zakochała w pięknym żołnierzu, a musi oddać rękę komu innemu. Tekst utworu jest jak najwyraźniejszy. Dianna podziela rewolucyjne przekonania swego ukochanego. Jej pierwsze w sztuce słowa to pytanie skierowane do Majora o trzy polskie krzyże, stojące na Syberii - zapewne na mogiłach polskich wygnańców. Nosi żałobny strój - po kim? Po poległych patriotach, jak to było wtedy zwyczajem w "ziemi mogił i krzyżów" u gorących wyznawczyń ruchu wyzwoleńczego. Zresztą Fantazy, ze zwykłą sobie przenikliwością mówi jasno o Diannie:

Ta wybielona wiatrem na Sybirze

Dyjanna, która czarnymi oczyma

Widzi tam jakieś mogiły i krzyże

Słyszy tam jakieś łańcuchy...

Widzi mogiły i krzyże - słyszy łańcuchy skazańców. Czyż możemy się dziwić, że w wielkiej odprawie, jaką Dianna daje Fantazemu zadźwięczy wymownie sprawa chłopów, którym za długi pańskie odbiorą pługi i "w każdej chacie postawią żołnierza":

Więc jeśli chaty te jutro posłyszę

Że krzyczą: "Boże!", a Bóg nie uderza

Piorunem... jeśli duch, co we mnie dysze

Modlitwą, o! tej wioski nie obroni;

Jeśli mnie chłopki okrążą i padną

Do nóg... jak gdybym z gwiazdami na skroni

Stała w niebiosach - a ja męką żadną

Nie będę mogła wyratować ludu;

Jeśli Bóg z mego jedynie nieszczęścia

Chce siły, która podobna do cudu

Ten lud obroni... to się do zamęścia

Z Panem - przychylę...

Wyobrażam sobie Diannę jako współuczestniczkę spisku rewolucyjnego, jak nią była wierna towarzyszka Konarskiego - Ewa Felińska.

Otóż z gry Marty Stebnickiej jako Dianny, trudno by było wyczytać jakiekolwiek echa tych spraw. Dianna w sztuce ma długie chwile milczenia. Poza swoim wielkim monologiem można by jej "kwestie" zliczyć niemal na palcach. Tym bardziej nabrzmiałe siłą muszą być owe chwile niemej wymowy. Słowa o trzech polskich krzyżach muszą padać w taki sposób, by widza chwytały za gardło. A wielka scena odpowiedzi na oświadczyny Fantazego? Musi. - absolutnie musi - być w niej siła oburzenia, gniewu, rozpaczy i wstrętu, płynąca z najsilniejszego przekonania. Dianna jest najgłębiej dotknięta w swej godności kobiecej; czuje się jak niewolnica sprzedana handlarzowi. Tak grały tę wielką scenę największe polskie aktorki, a szczególnie Stanisława Wysocka; pamięć o jej Diannie granej przed laty 40, jest jeszcze w Krakowie żywa.

Marta Stebnicka była w tej roli jedynie dobrze wychowaną panną; niczym więcej. Pewno, że nie można żądać od nikogo gry porywającej; ale trudno mi zrozumieć Diannę tak przygaszoną bladą, jak gdyby nie wierzyła w sprawę, której ma bronić.

Raziło to tym bardziej, że Stanisław Zaczyk umiał udzielić swemu Janowi grottgerowskiej sylwety (to anachronistyczne porównanie nie powinno tu razić), a tonowi i zachowaniu męskie cierpienie, siłę i gniew. Wierzyło mu się, gdy mówił:

O! jakżebym dziś te lalki wywracał

I tym światowym ludziom zajrzał w twarze

Spokojnie - ale marmurowo, krwawo

Jak niegdyś w gardła harmat pod Warszawa.

(akt drugi, scena IV)

Wierzyło się, w silniejszym jeszcze stopniu, Władysławowi Woźnikowi, który w roli Majora stworzył najświetniejszą postać tego przedstawienia. Scena na cmentarzu, teatralnie ryzykowna, zabrzmiała przede wszystkim dzięki Woźnikowi przekonywająco i wyraźnie. Ale szczytowym chyba punktem była rozmowa Majora z Respektem w akcie czwartym, gdy na ostre wyrzuty hrabiego major odpowiada słowami pełnymi ważkiego sensu i na wpół tajonej pogardy. Spojrzenie mówiło tu niemal tyle, co słowa. Major powoli zdejmuje rękawiczki, ze spokojem człowieka, który powziął już wielką decyzję; i patrzy się. Tym spojrzeniem jakby przenikał na wskroś zatroskanego o swe sprawy materialne małego człowieka. Czujemy ten wzrok, i wiemy, że nie zdołamy go zapomnieć.

Jest jeszcze w tym przedstawieniu jeden czynnik, który w ogromnej mierze nasila i potęguje wrażenie. Myślę o scenografii Andrzeja Pronaszki, operującej śmiałymi i niezwykłymi rzutami. Scenografia ta - mimo swej śmiałości - ani na chwilę nie odwraca naszej uwagi od dziejących się na scenie wydarzeń. Można nawet powiedzieć, że Pronaszko swą wizją malarską interpretuje tekst, że mu wszelkimi siłami pomaga i służy. Ta scenografia każe pamiętać o wielkiej i przejmującej poezji Fantazego; o tym, że w ramy tej mussetowskiej, obyczajowej komedii wpisał Słowacki wielki dramat walki o wolność narodów, który tamtej komedii nadaje potężny i nieugaszony żar. Andrzej Pronaszko był przed dwudziestu laty twórcą wizji plastycznej w schillerowskiej inscenizacji Dziadów. W ten sposób był Pronaszko jednym z ludzi, torujących w polskim teatrze drogę wielkiemu naszemu dramatowi romantycznemu. Dziś znajdujemy się w przede dniu nowej wielkiej próby, którą w tym zakresie podejmą ludzie teatru. Myślę, że obecne przedstawienie Fantazego pozwala żywić duże nadzieje co do udziału Andrzeja Pronaszki w tej wielkiej i niełatwej rozprawie.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji