Artykuły

Międzypokoleniowa rozmowa

- To absolutnie nie jest książka wyłącznie dla dzieci. Pisze to osoba dorosła, która ma swój dystans dorosłego, więc jeśli odpowiednio zaczniemy odczytywać tę powieść, szybko okaże się, że przeczytanie książki dla siebie, nie dziecka, wcale nie jest stratą czasu. A przy okazji można się nieźle bawić! Najlepiej widać to w teatrze - mówi reżyser Konrad Dworakowski przed premierą "Dzieci z Bullerbyn" w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu.

Z reżyserem Konradem Dworakowskim rozmawia Małgorzata Strzyżewska:

M.S.: Skąd zamiłowanie do twórczości Astrid Lindgren?

K.D.: Z dzieciństwa, absolutnie. Odnoszę wrażenie, że nawet gdyby moje dzieciństwo odbywało się dzisiaj, kiedy na rynku jest naprawdę zatrzęsienie literatury dla dzieci, a przynajmniej wtedy było jej zdecydowanie mniej, to w jej książkach drzemie tak ogromna siła, że spośród tych "wielkich autorów" mogłaby być przodownikiem grupy.

Może "Dzieci z Bullerbyn" nie były takim moim ulubionym tematem, dlatego że dla chłopaka to był trochę temat dziewczyński, a do tego publikowano ten utwór w małej, ale za to grubej książce (śmiech). Natomiast była w mojej głowie dobrze zapamiętana. Ulubioną bohaterką jest zdecydowanie Pippi. Lubiłem jeszcze "Braci Lwie Serce" i "Mio, mój Mio".

Dlaczego akurat to zdjęcie autorki pojawia się na plakacie?

- Bardzo lubię to zdjęcie. To taki jęzor trochę dla dorosłych i jednocześnie skojarzenie postaci Astrid z Einsteinem. On też był wariat i dzieciak. W obydwu przypadkach potrafili narzucić swoje normy światu. Gdybyśmy mieli człowieka, który wywala jęzor i poza tym nie ma nic do powiedzenia, to byłoby dla świata bez znaczenia. Ale jeśli pisze się taką literaturę i tworzy się takie idee, każdy w swojej dziedzinie, to daj Boże być takim dziwakiem. O tym trochę jest opowiadana przez nas w spektaklu historia.

Najnowsza premiera jest przeznaczona dla całych rodzin. Co dorosły może znaleźć dla siebie w "Dzieciach z Bullerbyn"?

- To absolutnie nie jest książka wyłącznie dla dzieci. Pisze to osoba dorosła, która ma swój dystans dorosłego, więc jeśli odpowiednio zaczniemy odczytywać tę powieść, szybko okaże się, że przeczytanie książki dla siebie, nie dziecka, wcale nie jest stratą czasu. A przy okazji można się nieźle bawić! Najlepiej widać to w teatrze.

Na spektakl zapraszasz nie tylko rodziców z dziećmi, ale i dziadków.

- Dzisiaj, gdy myślę o moich dziadkach, mam poczucie, że bardzo mało o nich wiem. To, co opowiadał mi jeden, było fantazjowaniem, a z kolei drugi nie chciał opowiadać mi o sobie wcale. Nie podzielili się ze mną prawdziwymi historiami, a ja byłem za mały, żeby samemu zapytać. Jeśli teatr daje nam szansę, by rozpocząć taką międzypokoleniową rozmowę, to rewelacyjnie. To dają nam "Dzieci z Bullerbyn".

Dzieciństwo sześciorga dzieci z Bullerbyn nieco odbiega od dzieciństwa najmłodszych pokoleń.

- Współcześnie już nie spędza się tak czasu. Nawet na wsi nie jest to ten sam rodzaj beztroski i wolności, choć tam o to zdecydowanie łatwiej. Doskonale pamiętam dzieciństwo miejskich podwórek - dzisiaj są grodzone osiedla, wszędzie ktoś może wpaść pod samochód, wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Nasze dzieci nie żyją już w poczuciu całkowitej swobody. Nie dlatego, że świat jest zły. Raczej straszniejszy, im bardziej uporządkowany i zurbanizowany. W literaturze Astrid nie ma takich problemów. Wszystkie dzieci piją mleko z jednej szklanki, same chodzą po podwórkach i śpią w stogu siana. Świat, który stwarzamy w spektaklu, jest światem współczesnym, ale jednocześnie uogólnionym. Wyciągamy szpargały z przeszłości - stare walizki, rowery... Wraz z Mariką Wojciechowską łączymy estetykę współczesną z detalami wspomnień, które nosimy wszędzie - mamy je w kieszeniach, szufladach, szafach i na strychach. Nie pokazujemy antyków, a raczej punkty odniesienia do beztroskich czasów.

Granie dziecka przez dorosłych aktorów jest sporym wyzwaniem.

- Stając się dorośli, pozbawiamy się pewnej otwartości i szczerości, dlatego nawet dla profesjonalnego aktora przełamanie bariery grania w kierunku bycia, jest czymś bardzo trudnym. Myślę, że ten zespół to osiąga, choć okupili to ciężką pracą. Bardzo dobrze znam tych aktorów, bo często miałem okazję się z nimi spotykać... przy okazji SPOTKAŃ, czyli toruńskiego festiwalu teatrów lalek. Szczęśliwie się zdarza, że od paru lat jestem na nim co roku ze swoim teatrem albo ze swoim spektaklem. Znam aktorów z "Baja Pomorskiego" i na scenie, i prywatnie, w związku z czym od początku miałem pewne wyobrażenia, kto kogo zagra. Po próbach zostałem przy obsadzie, którą podpowiadała mi intuicja.

***

Powyższe fragmenty stanowią wybór z zapisu rozmowy reżysera z Małgorzatą Strzyżewską, p.o. sekretarza literackiego Teatru "Baj Pomorski" w Toruniu.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x