Artykuły

Odszedł Józef Szajna

W odróżnieniu od Kantora i Grotowskiego Józef Szajna nie założył własnej grupy teatralnej, pracował zawsze w teatrach repertuarowych, nadając im charakter autorskich scen. Taki był pod jego dyrekcją Teatr Ludowy w Nowej Hucie i Teatr Klasyczny w Warszawie przemianowany później na Centrum Sztuki Studio im. Witkacego, łączące funkcje teatru i galerii.

Jako awangardysta w tradycyjnym teatrze wywoływał nieustanne kontrowersje, skandale i nieporozumienia. Zaczęło się w 1963 r. od "Rewizora" w Nowej Hucie, jego debiutu reżyserskiego. Prasa zanotowała, że Horodniczemu spod munduru widać było pępek, bohaterowie wjeżdżali na scenę na sedesach, a po scenie chodzi prawdziwa koza. Narzekano, że robotnicza publiczność nie zrozumie awangardy.

Potem był "Don Kichot" Cervantesa, w którym pojawiała się naga kobieta na inwalidzkim wózku, "Zamek" Kafki umieszczony w rupieciarni, "Łaźnia" Majakowskiego, w której biurokraci wychodzili na scenę z wielkich szuflad.

Każde kolejne przedstawienie wywoływało lawinę polemik i zachwytów. Jedni nazywali go wizjonerem, inni "majsterkiem", który dekomponuje dramaty.

Krytykowano Szajnę za swobodne podejście do klasycznych tekstów, które rozmontowywał na części i traktował po swojemu. "Po co niszczyć Witkacego?" - pytał oburzony po jednej z premier Roman Szydłowski w "Trybunie Ludu". Szajna replikował: "Nie mogę wystawiać czyichś sztuk, patrząc na nie oczami ich autora. Posługuję się techniką montażu tekstów. Demontuję psychologię utworu, a nie jego ideę".

Wiele kontrowersji budziły jego scenografie - niepodobne do niczego, co pokazywano w latach 60. i 70. Upodobanie do szmat, które zawieszał jak sztandary na scenie, recenzenci wykpiwali jako "szmacizm". Niepokój budziły konstrukcje z reflektorów, rur, blachy, płótna i rdzy.

Nie zawsze udawało mu się osiągnąć zamierzony efekt, aktorzy przyzwyczajeni do teatru psychologicznego często go nie rozumieli. Istnieje zapis próby czytanej "Fausta" w Teatrze Polskim w Warszawie w 1971 r. Artysta prowadzi monolog na temat interpretacji dzieła Goethego, cytuje Bertranda Russella, Einsteina i Felliniego, wspomina o collage'u i montażu, tymczasem aktorzy pytają, czy mogą zapalić i wyjść do toalety. W końcu grający tytułową rolę Bronisław Pawlik przerywa reżyserowi i wypala: "Żebym zdechł, nie mogę zrozumieć, jak grać przyczyny i skutki".

Aktorzy rzucali rolami, pewna artystka, której Szajna w spektaklu na motywach Witkacego kazał nosić wielki sztuczny biust, symulowała chorobę, by uniknąć roli. Potem jednak przekonała się i nawet do bufetu chodziła w kostiumie. "Odebrałem aktorowi twarz, za to dałem mu osobowość, to znaczy postać i ruch" - komentował w jednym z wywiadów artysta.

Z czasem zachwyty zaczęły przeważać nad polemikami, na co niewątpliwie miał wpływ rozgłos, jaki Szajna zdobył za granicą. "Spektakle Szajny najlepiej byłoby oglądać wtedy, kiedy powstają" - pisał z lekką kpiną o specyficznej metodzie pracy Szajny Jan Kłossowicz. - "Maszyniści ustawiają na scenie dekoracje, meble, ulepione przez dekoratorów kukły i rekwizyty, rozwieszają udrapowane przez tapicerów tkaniny. A potem wpada Szajna i zaczyna drzeć, szarpać, ciąć nożycami papiery, płótno, jutę. Przełamuje ściany i meble, przepala palnikiem draperie. Z uładzonych na pozór i gotowych form powstaje jego kaleki, chory, umierający wciąż i walczący ze śmiercią świat".

Maniera Szajny nie była jednak pustą grą formalną, wynikała z przekonania o degradacji sztuki i wartości estetycznych, których dokonała wojna. Bo Szajna należał do pokolenia dotkniętego przez wojnę podobnie jak Różewicz, Konwicki, Munk, Borowski. Razem z nimi pytał, czy można tworzyć po Auschwitz. A jeśli tak, to po co?

Na związek pomiędzy autorskimi spektaklami Szajny i jego doświadczeniem obozowym zwracała uwagę krytyczka Maria Czanerle: "Trzeba zrozumieć sens bezsensu wielkiej graciarni, jaką stanowi świat Szajny. W epoce mechanizacji i perwersyjnego luksusu tworzy on własny świat z małej garstki przedmiotów z epoki kamienia łupanego. Tak to przecież było w Oświęcimiu: ludzi zatrudnionych przy taczkach i dźwigających toboły, przyodzianych w pasiaki i drewniaki likwidowano finezyjnie przy użyciu najnowocześniejszych środków".

Z doświadczenia Auschwitz i Buchenwaldu był Faust przypominający więźnia w siermiężnym ubraniu i obozowych chodakach. Stąd był spektakl "Puste pole" według prozy Tadeusza Hołuja, w którym aktorzy pchali obozowe taczki, ubrani w siermiężne ubrania. Stąd stosy ciał w "Replice". Stąd wreszcie scenografia do jednego z najsłynniejszych przedstawień lat 60. - "Akropolis" , które zrealizował wspólnie z Grotowskim w Teatrze 13 Rzędów w Opolu. Dramat Wyspiańskiego rozegrał w Auschwitz, na cmentarzysku kultury i cywilizacji, w stukocie chodaków, pośród zardzewiałych rur. W finale aktorzy znikali w piecu krematoryjnym.

Jego największe inscenizacje - "Łaźnię", "Zamek", "Fausta", "Witkacego", "Replikę" i "Dantego" - łączył motyw niewiary w cywilizację, z której na scenie pozostawały szczątki i śmieci. "Ludzie Szajny - pisała Maria Czanerle - przeszli przez piekło, gubiąc po drodze wszystko to, czym się ludzkość przez wieki chlubiła".

"Ja jestem z pętli odcięty, dlatego znam nie tylko życie" - powtarzał Szajna, wspominając, jak cudem uniknął kary śmierci za ucieczkę z obozu. Jego teatr powstały z doświadczenia śmierci był pełen życia. Teraz odchodzi razem z nim.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji