Artykuły

Opowieść o duchowości i namiętności

"Thais" Julesa Masseneta w reż. Romualda Wiczy-Pokojskiego w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Anna Umięcka w portalu gdansk.pl

"Thais" w Operze Bałtyckiej to spektakl, który ma przepiękne momenty - szczególnie muzyczne, emocjonalny, zagrany z werwą, zaśpiewany dobrze, lecz z eklektyczną i nieprzekonującą stroną wizualną.

Dyrekcja Opery Bałtyckiej postanowiła "odzyskać" "Thais" dla polskiego życia operowego i sięgnęła po ten zapomniany w Polsce utwór XIX-wiecznego francuskiego kompozytora Jules'a Massenet'a, po raz pierwszy od powojnia.

Libretto do "Thais" napisał Louis Gallet inspirując się książką "Tais" Anatole'a France'a, która ze względu na tematykę - autor uczynił bohaterką kurtyzanę - wzbudziła obyczajowy skandal w ówczesnej Francji. Kościół wręcz uznał powieść za antyklerykalną, gdyż pierwowzorem Tais była św. Taida, nawrócona przez św. Pafnucego, grzesznicy.

Kiedy poznajemy bohaterów opery - Thais i Atanaela, decyzje życiowe doprowadziły ich do skrajnie odmiennych wyborów. Atanael wybrał mnisi habit, kroczy drogą ascezy, która ma go doprowadzić do nieśmiertelności. Thais to aktorka, kapłanka bogini Wenus - ma licznych kochanków, wierzy tylko w miłość doczesną i przyjemności, których nie brakuje w ojczystej Aleksandrii.

Atanael pragnie ocalić duszę kobiety i wyrwać ją z okowów grzechu. Jego misją jest nawrócenie grzesznicy.

Słowo "pragnie" jest tu kluczem do zrozumienia jego głębszych motywacji, których on sam - na początku - nie rozumie.

Dalsze ich losy będą odwróceniem tych postaw. Thais zwróci się ku Bogu, zapragnie miłości czystej. Atanael odkryje zaś, że jego obsesja na punkcie dziewczyny nie była wysublimowanym uczuciem - jego miłość jest też z tego świata, jest pożądaniem. Gdy to zrozumie i odważy się na wyznanie - będzie za późno. Kochanka umiera, a on pogrąża się w rozpaczy.

Czas akcji tej opowieści librecista umieścił w 4 w n.e. Gdy do historii miłosnej dodamy historyczny kontekst, opowieść zaczyna nabierać głębi. Był to czas, w którym porządek świata zmieniał się. Chrześcijaństwo ogłoszono już oficjalną religią Imperium, wkrótce spalona zostanie Biblioteka Aleksandryjska. Cielesność zastępowano religijnością.

Aleksandria była jeszcze wciąż miastem tolerancyjnym i otwartym, ośrodkiem naukowo-kulturalnym, kobiety mogły zdobywać wiedzę i miały liczne obywatelskie prawa, których brakowało w innych częściach Egiptu. Również kurtyzany oferowały więcej, niż tylko miłość cielesną. Były oczytane, musiały umieć prowadzić ciekawe konwersacje, znać się na sztuce i handlu.

Ale surowa chrześcijańska doktryna potępiała ten - ich zdaniem - wyuzdany, pogański świat Aleksandrii, który chylił się już ku upadkowi. Pokutujący na pustyni mnisi pragnęli kierować ludzką uwagę ku wieczności, zbawieniu.

W sztuce Gallet zawarł więc opozycje pomiędzy skrajnymi postawami - duchowością a cielesnością, życiem wiecznym a życiem chwilą, zbawieniem a szczęściem doczesnym. Opisał tragiczny los ludzkich namiętności, wypartych pragnień, które zamieniają się w dewocję. Ale też upadek pewnej cywilizacji. Przemianę na poziomie ludzkim i historycznym.

A jak opisał ją Massenet? "Thais" okazuje się muzycznie wyjątkowo pięknym dziełem, którego ilustracyjna melodyjność uwodzi słuchacza od pierwszych taktów. Tym bardziej, że orkiestra pod batutą pełnego temperamentu José Maria Florncio to zespół grający z wielkim zaangażowaniem i wyczuciem. Wspaniale wypadają sceny chóralne, w których zespół Chóru Opery Bałtyckiej po raz kolejny udowadnia jak bardzo jest utalentowany, również aktorsko.

Zwraca też uwagę pewien zabieg kompozytorski - Massenet wpisał w utwór frazę muzyczną, która staje się leitmotivem pojawiającym co jakiś czas w innej aranżacji, by w II akcie przybrać formę intermezza na solową partię skrzypiec na tle orkiestry. To Medytacja - najbardziej znany fragment tej opery. Melodia wybrzmiewa podczas ważnego dramaturgicznie momentu dzieła - Thais po raz pierwszy rozważa słowa Atanaela o miłości bożej. W gdańskiej inscenizacji pojawia się wtedy na scenie świetna skrzypaczka Celina Kotz w długiej, białej sukni. Towarzyszą jej tancerze - to bardzo wzruszający moment.

Muzycznie takich objawień jest więcej. To wspaniale wykonane przez oboje śpiewaków: Marcelinę Beucher w roli Thais i Marcina Bronikowskiego w roli Atanaela - partie: aria Thais "Dis-moi que je suis belle" - zwana "Arią przed lustrem", aria kusicielki "Qui te fait si sévre", duet "Cette image d'ivoire" - gdy Thais chce zachować figurkę Erosa czy poruszający duet końcowy "Te souvient-il du lumineux voyage".

Gorzej radzi sobie słabo słyszalny z głębi sceny Ivaylo Mihaylova w partii Niciasa, choć duet z Thas "Demain, je ne serai pour toi qu'un nom" wypada nieźle.

Przy całej umowności gatunku operowego nie mogę jednak zgodzić się ze stroną wizualną gdańskiej "Thais". Reżyser Romuald Wicza - Pokojski skupił się na uniwersalnym dramacie zagubionego w emocjach bohatera, uwypuklił wątek filozoficzny - czy do nieśmiertelności prowadzi zbawienie czy miłość - miejsce i czas akcji przenosząc do pewnego rodzaju "bezczasu", który podkreślają kostiumy i scenografia.

Stroje mnichów to mieszanina pomysłów jak z filmu "Mad Max", uwodzicielska Thais i jej przyjaciółki Krobyla (Maria Antkowiak) i Myrtala (Wanda Franek) noszą współczesne sukienki godne weselnych druhen, mieszkańcy Aleksandrii prezentują graficzne kreacje w czerni i bieli, a tancerze w jednej ze scen mają na sobie tradycyjne japońskie spodnie hakama. Konia z rzędem temu, kto rozwikła zamysł kostiumolożki Alicji Kokosińskiej. Oszczędna scenografia też nie jest atutem. Ciekawym pomysłem okazuje się zaznaczona tylko metalowym obramowaniem kaplica - mamy tu interesującą scenę z tancerzami, mogącą przywołać skojarzenie z "Sądem ostatecznym" Memlinga. Ale już potężny stelaż wykuty w geometryczny wzór, na którym rozwieszone są pojedyncze części garderoby, bardziej przypomina drogi butik niż pałac Thais. Często też scena pozostaje pusta.

Dobrym zabiegiem okazało się zaangażowanie baletu w roli wyraziciela świata duchowego, emocjonalnego. Choreografia Izabeli Sokołowskiej-Boulton wiele wnosi do obrazowania spektaklu. Sceny taneczne w II akcie też wypadają atrakcyjnie.

Trzyaktowa, skomplikowana materia opery to duże wyzwanie dla reżysera. Czasem ma się wrażenie, że nie chce przeszkadzać solistom zbyt dużą ingerencją i w konsekwencji porzucają oni aktorskie gesty na rzecz śpiewu. W większości jednak radzą sobie dobrze, a nade wszystko zachwycają głosem. Do wad zdecydowanie zaliczę tylko sceny, w których subtelną erotyczną grę zastępują dość toporne zaloty.

Podczas premierowego wieczoru Massenet zdecydowanie zdobył serca słuchaczy. Wzruszył, poruszył, oczarował i pozostawił z ważnymi pytaniami - co z tą miłością? Oby więcej takich przeżyć na wiosnę.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji