Artykuły

Polityka i płeć ze śmiercią w tle

"Sejm kobiet" w reż. Mikołaja Grabowskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Marcin Kościelniak w Tygodniku Powszechnym.

"Sejm kobiet" Mikołaja Grabowskiego otwiera projekt Starego Teatru re wizje/antyk. Reżyser w spektaklu połączył komedię Arystofanesa z fragmentami książki Otto Weiningera, proponując dyskusję, w której spłatają się dwa tematy: polityka i płeć.

Fragmentaryczność, amorficzność, brak zdecydowanej puenty, pomieszanie rubasznego humoru z powagą refleksji. "Sejm kobiet" Arystofanesa przypomina bardziej hybrydę niż poprawnie zbudowany dramat. Jako laki stanowi ciekawą propozycję dla teatru - Grabowski idzie tym tropem.

Spektakl układa się w serię pojedynczych sekwencji, bardzo swobodnie nawleczonych na nić fabuły. Reżysera mniej interesuje jej przebieg - bardziej możliwości poszczególnych motywów, sytuacji. Sceny, które są ilustracją epizodów dramatu, przeplatają się z sekwencjami rozgrywanymi niejako na boku: komentarzami, wariacjami na temat. Część kwestii aktorzy wypowiadają wprost do publiczności, w pewnym momencie próbują nawet wciągnąć nas w chóralne skandowanie hasła. Są tu partie śpiewane, tańczone, jest grana na żywo muzyka... Śmiało manifestowana teatralność i brak wyrazistej dramaturgii sprawiają, że spektakl - trochę jak program kabaretowy - staje się przestrzenią otwartego dialogu z widzem.

Podobała mi się ta otwartość przede wszystkim dlatego, że jest w nią wpisane duże ryzyko. Grabowski czyszcząc tekst Arystofanesa z fragmentów obscenicznych i rubasznych, rezygnuje nie tylko z tego, co słusznie uznaje za element niezdającej dziś egzaminu konwencji, ale także z haczyka, na który łatwo mógłby złowić publiczność. W spektaklu dużo jest humoru, bo jakże nie śmiać się z mężczyzn przebranych za kobiety? Jest to śmiech serdeczny, umiejętnie dawkowany, nad którym stopniowo górę bierze ironia i ton serio. Obok widowiskowych skeczy występują długie, statyczne, rozpisane na glosy monologi; epizodyczność spektaklu zmusza widza do skupionej uwagi. Dyskusja, do jakiej zaprasza nas reżyser, w założeniu nie ma być łatwa ani przyjemna. Niestety, nie jest też za bardzo interesująca. Przejęcie rządów przez kobiety staje się u Arystofanesa pretekstem do tego, by skompromitować zaprowadzony przez nie ład, ale także do oceny władzy mężczyzn, czy - władzy w ogóle. Śmiech miesza się tutaj z goryczą u Grabowskiego ani jedno, ani drugie nie wybrzmiewa solidnie. Najsilniej brzmią partie, w których reżyser nie poprzestaje na aluzjach, ale, jak to się mówi, ,jedzie po nazwiskach". Jest to co prawda zgodne z duchem attyckiej komedii, ale - znowu - czy nie jest także "niedzisiejsze"? Z drugiej strony: po co zasłaniać się aluzjami, skoro dzisiaj teatr może mówić otwarcie? Problem chyba nie w takiej czy innej formie, ale w jakości politycznej debaty, która zatrzymuje się na poziomie stwierdzeń: obleśny Łyżwiński. Czyli na poziomie dosyć małego skomplikowania, gdzie polemika ustępuje miejsca obojętnemu wzruszeniu ramion.

Podobnie rzecz, ma się z drugim tematem. Reżyser wplótł w spektakl fragmenty książki Weiningera "Płeć i charakter". Mizogynizm tekstu nie jest u Grabowskiego jednoznaczny, bo spektakl zaczyna się od stwierdzenia o obecności pierwiastka męskiego i kobiecego w każdym człowieku, a kwestie wypowiadają aktorki ubrane w garnitury (i aktorzy w spódnicach). Jednak - z różnych powodów - nie ma temperatury ani dyskusji, ani prowokacji. Być może dlatego, że ostrość rozprawy z początku ubiegłego wieku nie jest dzisiaj tak oczywista. Przy tym Weiningera jest tu zdecydowanie za dużo. To, co miało być dialogiem tekstów, przestaje być czytelne, bo przybiera postać dwóch równoległych narracji, których drogi z upływem czasu rozchodzą się coraz dalej.

Bardziej interesujący wydał mi się temat, który pojawia się na końcu spektaklu. Bohaterowie zbierają plon nowego "sprawiedliwego" ładu: mężczyzna, który chce przespać się z młodą dziewczyną, najpierw musi zrobić to ze starą. Grabowski zrezygnował z rubasznego komizmu sytuacji na rzecz gorzkiego obrazu starości zderzonej z młodością. Marta Stebnicka (Starucha) gra kobietę, która nie chce pogodzić się z klęską starości, choć jednocześnie jest jej w pełni świadoma. Obok Dziewczyna (Joanna Kulig), dla której starość jest jedynie przeszkodą, dlatego bezwzględnie ją atakuje. Grabowski zderzył tu nie tyle dwie osoby, ile dwa temperamenty: pokracznie rozpartą na sofie ociężałość Staruchy z nieujarzmioną. rozbrajającą, ale i agresywną energią Dziewczyny. Scena ma siłę także dlatego, że odważnie wkalkulowana jest w nią cielesność aktorek: na równi starość, jak i młodość.

Gdzieś w tle, w obrazie Stanieli obłapiających Młodzieńca i w scenie spotkania Kobiety Herold z Dziewczyną pobrzmiewa temat śmierci: delikatnie, niejednoznacznie. Ten wątek, choć pojawił się na marginesie spektaklu, wybrzmiał najmocniej i najpełniej.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji