Artykuły

Orgia na niby, ale dla odważnych

"Orgia" w reż. Wiktora Rubina w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Łukasz Rudziński w portalu Trójmiasto.pl.

"Orgia" Teatru Wybrzeże jest półtoragodzinną próbą zaktywizowania widzów. To jedno z tych przedstawień, przy których zwyczajowy zwrot "idę na spektakl" wypada zastąpić innym, pokroju - "biorę w nim udział". Szkoda, że ambitny w założeniu eksperyment okazuje się zupełnie nieudany.

Wiktor Rubin, reżyser przedstawienia, wybrał do realizacji niewystawiany jeszcze w Polsce tekst znanego skandalisty i nonkonformisty Piera Paolo Pasoliniego, którego twórczość dużo bardziej kojarzona jest z filmem niż dramatem. "Orgia" stanowi właściwie wykładnię anarchistycznych i lewicujących poglądów Pasoliniego. Znajdziemy w niej więc wszechobecną ideę wolności, uwielbienie życia, hedonizm, fascynację śmiercią, cielesność, seksualność, czy kwestię władzy.

Reżyser likwiduje niepisaną granicę między aktorami a widzami. Za pomocą przeróżnych prowokacji usiłuje sprawdzić jak skutecznie skrywamy się za konwenansami i czy można dzisiaj wskrzesić zakurzoną już ideę buntu jednostki. Na to jednak w spektaklu Wybrzeża tak naprawdę nie ma miejsca.

Już po wejściu do Czarnej Sali zamiast tradycyjnych krzeseł witają nas rozmaite, przypadkowo ponumerowane bryły przestrzenne, pośród których każdy z widzów musi odszukać swoje miejsce (scenografia Mirka Kaczmarka). Cała przestrzeń stanowi scenę, po której poruszają się aktorzy. Stale są więc tuż obok nas, poruszają między bryłami na których siedzimy - wcześniej, czy później wszyscy staniemy się mimowolnymi współbohaterami spektaklu.

Marek Tynda i Dorota Androsz robią wiele, aby pozbawić nas komfortu oglądania, na rzecz dyskomfortowego uczestnictwa w toku przedstawienia. Kwestie rozpisane na role męskie i damskie wypowiadane są więc widzowi prosto w twarz. Aktorka dotyka widzów, zagląda paniom w dekolt, niektórym panom siada na kolana (w bardzo skąpym ubraniu). Aktor głaszcze i przytula panie, całuje je w rękę. Ktoś pomaga się aktorce ubrać, ktoś inny otrzyma od niej buziaka. Na tym się oczywiście nie kończy. Tytułowa orgia, choć w wymiarze symbolicznym, odbywa się również z czynnym udziałem widzów.

Nie wiemy kiedy i z kim Androsz czy Tynda spróbują wejść w interakcję i do czego są gotowi się posunąć. Czyjaś torebka zostanie przeszukana, ktoś zmieni swoje miejsce, czyjąś twarz aktor pokaże za pomocą kamery na ekranach otaczających salę...

Wiktor Rubin nie po raz pierwszy podejmuje kwestię zachowania widzów w sytuacji opresyjnej i działania jednostki wobec tłumu - tak było we wrocławskim "Terrodromie Breslau", gdzie jeden z aktorów wyszukiwał kamerą widzów i prezentował ich twarze lub elementy fizjonomii na wielkim monitorze umieszczonym na scenie (w tamtym spektaklu mierzono również do widzów z karabinu). Natomiast w bydgoskim "Przebudzeniu wiosny" zapraszano publiczność na do radosnej zabawy połączonej z rozbieraniem jej uczestniczek.

Tam jednak istotną rolę odgrywało zaskoczenie, którego w gdańskim przedstawieniu szybko zaczyna brakować. "Sytuacje zagrożenia" okazują się kluczem inscenizacyjnym "Orgii". Dlatego w końcu uodparniamy się na zaczepne zachowania aktorów-performerów. Z czasem widzowie przyjmują konwencję gry i coraz chętniej podejmują dialog w sposób zaproponowany przez aktorów.

Winnymi takiego obrotu sprawy są sami aktorzy, którzy większość swoich działań wykonują bardzo delikatnie, często poprzedzając je jakimś wprowadzeniem, próbą oswojenia z podejmowaną akcją. Dlatego inaczej niż np. monodramie Iwony Głowińskiej "Lubię być zabijana" warszawskiego Teatru Studio, nie są ani wyzywająco wulgarni, ani rzeczywiście agresywni, a co za tym idzie - nie są autentyczni, bo żadna granica tak naprawdę nie zostaje przekroczona.

"Orgia" jest próbą wprowadzenia na gdański grunt niespotykanego tutaj teatru postdramatycznego. Chaotyczny tekst Pasoliniego tonie jednak w narzuconej przez reżysera, silnej i bardzo absorbującej uwagę formie. Obawiam się, że z anarchistycznych i filozoficznych haseł wypowiadanych, wykrzykiwanych, czy wyduszanych z siebie przez Dorotę Androsz i Marka Tyndę w najprzeróżniejszy sposób, po wyjściu z teatru bardzo niewiele zostaje.

Szkoda zwłaszcza wysiłku Doroty Androsz, która nie pierwszy raz udowadnia swój talent do kreowania nietypowych, granicznych postaci. A bunt i opozycja wobec zastanych zasad, tak opiewane przez Pasoliniego, w "Orgii" Wiktora Rubina pozostają pustym, choć barwnie opakowanym frazesem.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji